Droga do zwyciestwa - Finał Sensas Challenge 2017

 
W dwóch poprzednich finałach Sensas Challenge ocierałem się o podium. Do zwycięstwa brakowało naprawdę niewiele i po każdych zawodach zostawał ogromny niedosyt. W tym roku do wielkiego finału podszedłem ze znacznie większym dystansem, a rozpoznanie łowiska i treningi postanowiłem podzielić na kilka etapów. Pierwszym z nich było zebranie informacji od znajomych łowiących na tym łowisku, a ich zwieńczeniem był wspólny połów z Arkiem Pawlakiem na Hucie miesiąc przed zawodami.
 
Ten wyjazd dał mi dużo do myślenia. Pokazał, że łowisko to jest bardzo techniczne i wymaga perfekcyjnego przygotowania. Połowiłem wtedy trochę ryb, ale bardziej skupiłem się na tym, aby obserwować Arka i wyciągnąć z tego wnioski. Kolejny etap to obserwacja zawodów na Hucie. które odbywały się tydzień przed finałową imprezą. Ostatnie eliminacje utwierdziły mnie w przekonaniu, że to co podpatrzyłem u Arka powinno sprawdzić się także podczas finału.
 
Mój trening przed zawodami rozpocząłem w czwartek. Niezbyt przyjemna pogoda i niska temperatura nie zachęcała do łowienia, dlatego na brzegu razem ze mną można było naliczyć zaledwie 5 wędkarzy. To pierwszy trening przygotowałem lekką kanałową glinę wraz z kilkoma litrami zanęty Lake i Gros Gardons. do tego oczywiście jokers, castery i zapas grubej ochotki. Moja taktyka polegała na tym, aby już na wstępie podać w łowisko dużo towaru, który zwabi małe płotki i długo utrzyma je w łowisku. Mieszanka zanęty, gliny i robaków powędrowała również na odległosciówkę, lecz tej nawet nie dotknąłem ze względu na bardzo silny wiatr.
 
 
Pierwszego dnia skupiłem się na łowieniu 12-metrową tyczką, a na topach rozłożyłem ciężkie zestawy z cienkimi antenami. Pod koniec treningu łowiłem także na 8-metrowego skróta jednak ze zmiennymi efektami. Wynik jaki osiągnąłem to 2600 punktów - znacznie mniej niż zwycięzca sobotnich zawodów. Wiedziałem, że to zbyt mało, by wygrać turę, dlatego na piątek przygotowałem parę zmian.
 
Przede wszystkim miąłem już na topach mniejsze spławiki, zszedłem z zestawów 1,5 i 2 gramowych na mniejsze w okolicach grama. W związku z tym, że ryb były dużo mniej niż wcześniej zakładałem, zmniejszyłem także ilość podawanej mieszanki. Te dwie zmiany spowodowały, że łowiłem o wiele skuteczniej, a w łowisku pojawiały się także większe ryby. Gdy tylko brania ryb słabły do wody wędrowała kulka gliny z jokersem. Moim łupem padały ładne płotki oraz leszczyki. Wynik tego dnia to 3500 gram. Był progres. Wiedziałem, że taki rezultat w sobotę i niedzielę może dać mi bardzo dobre miejsce w sektorze.
 
Taktyka jaką przyjąłem na pierwszy dzień zawodów była identyczna jak na piątkowym treningu. Główną linią, na której skupiałem najwięcej uwagi była 12-metrowa tyczka. Drugą alternatywa było łowienie na 8 10 metrach na skróta. Poprzedni dzień pokazał, że ryby są blisko brzegu, ale tutaj pobierały pokarm znacznie ostrożniej. Odległosciówkę postanowiłem zanęcić, ale nie brałem jej mocno pod uwagę przy tak dużej ilości drobnej ryby.
 
 
Moje łowisko znajdowało się tego dnia na brzegu łączącym groble i stanowiska na skarpie. Na początku nie byłem zadowolony z mojego losowania.  Nie trenowałem na tym brzegu, ale wiedziałem, że właśnie tutaj padł najwyższy wynik podczas zawodów przed tygodniem. Na szczęście bardzo szybko udało mi się znęcić i łowić płotki, które niestety przestały żerować po pierwszej godzinie. Powodem były kręcące się w łowisku piękne okonie. Pierwszego takiego okonia złowił mój sąsiad. Wiedząc, że takie ryby są w łowisku rozpocząłem donęcanie grubą ochotka. Ten zabieg natychmiast przyniósł efekt. Po odłowieniu 4 okoni po ok. 200 punktów w łowisku znowu pojawiła się płotka i małe leszczyki, które odławiałem już do końca tury. Czekając na wagę nie spodziewałem się jednak, ża zakończę ten dzień  na 1 miejscu w sektorze i z nr 2 w klasyfikacji generalnej po pierwszej turze.
 
 
Na drugi dzień zawodów nic nie zmieniałem, bo wychodzę z założenia, że lepsze jest wrogiem dobrego. Postawiłem na te same porcje zanęty, gliny i robaków, te same gramatury zestawów oraz wybór odległości łowienia. Tym razem los pokierował mnie do sektora B, w którym była wraz ze mną już jedna jedynka z poprzedniego dnia.
 
 
Po nęceniu ryby ustawiły się w zanęcie od samego początku, z tą różnicą, że były o wiele mniejsze. Wiedziałem, że tym razem muszę zwiększyć tempo i łowić szybko, aby zrobić dobry wynik. Częste donęcanie powodowało, że udawało mi się równo utrzymać ryby w łowisku. Tym razem w mojej zanęcie nie było już bonusowych ryb takich jak okonie, a jedynie kilka leszczyków po 50-100 pkt. Nerwy też zrobiły swoje, ponieważ w porównaniu do dnia pierwszego gdzie miałem 100% skutecznych holi, drugiego dnia kilka rybek spadło mi z haczyka. Szacuję, że zostawiłem w wodzie około 200-300 gram. Może się to wydawać niewiele, ale kończąc turę moja obawa o dobre miejsce dotyczyła właśnie tych ryb. Waga wskazała ponad 3 kg, co dało drugą jedynkę sektorową.
 
 
Dwa punkty z dwóch dni! Taki wynik miał tylko Arek Pawlak, ale jego rezultat okazał się mniejszy wagowo o ponad 300 gram.  Zwycięstwo w Sensas Challange 2017 stało się faktem!
 
 
Te zawody utwierdziły mnie w przekonaniu, że sukces w spławikowym wyczynie wymaga wielu poświęceń i wiele cierpliwości w dążeniu do celu, ale będąc upartym w swoich działaniach można ten cel osiągnąć. Wiem także, że z pewnością nie udałoby mi się wygrać bez pomocy Zbyszta Turka, który godzinami dyskutował ze mną na temat taktyki oraz Arka Pawlaka, który pokazał mi jak łowi się na Hucie. Wskazał kierunek, którym podążałem od samego początku, tylko nieznacznie modyfikując niektóre założenia. Nad samą wodą pomagał mi także mój osobistego trener czyli mój tata, który 4 dni moknął wraz ze mną, wyciągał wnioski i pomagał przecierać glinę. Wszystkim tym osobą nalezą się wielkie podziękowania.
 
Dodał: ŁK