Matchówka na płytkiej komercji

Łowiska komercyjne to nie tylko popularna metoda i big game na zestawie skróconym. To także doskonały poligon do treningu odległościówki, która coraz częściej decyduje o wynikach na największych ogólnopolskich zawodach spławikowych. Świetnie przekonaliśmy się o tym podczas X-lecia Matchpro na Zalewie Szymanowice. Kto nie potrafił dobrze operować matchem - wypadał ze stawki.

 

Brak ciekawych łowisk do łowienia na spławik w mojej okolicy skusił mnie, aby wybrać się nad zupełnie nową wodę. Tym razem padło na Przystanek Bielawa. Łowisko to składa się z dwóch stawów. Jeden z nich to typowe łowisko typowo karpiowe z dużymi okazami. W drugim rybostan jest znacznie bardziej zróżnicowany. Oprócz karpi można w nim spotkać liny, leszcze i karasie, czyli typowo sportowe ryby – idealne pod odległościówkę.

 

Przed przyjazdem nad Bielawę miałem spore obawy związane z dużą ilością grążeli, w które obfituje to łowisko. Na szczęście właściciel znalazł miejsce, na tyle szerokie i czyste od roślinności, by bez problemu łowić na długim dystansie.   

 

Na kilkugodzinną sesję przygotowałem mieszankę zanęt Sensasa – River i Gros Gardons, które dociążyłem gliną Double Leam „Górka”. Całość domoczyłem dzień wcześniej, by maksymalnie stłumić pracę zanęty. Nad ranem całość uzupełniłem szczyptą mrożonego jokersa i garstką parzonych białych robaków.

Zanęta jak na tego typu łowisko była dość kleista, ale właśnie taki efekt chciałem osiągnąć. Zależało mi, by kule doleciały w całości do dna, nie uwalniając przy powierzchni cząstek, które mogłyby wabić niechcianą drobnicę.

 

Do łowienia przygotowałem dwa wędziska uzbrojone w 12 gramowe wagglery. Na jednym umieściłem na żyłce 0,4 grama, zaś na drugim 0,8 grama obciążenia. Lżejszy zestaw przegruntowałem o 5 cm, zaś w cięższym cały 25 cm przypon leżał na dnie.

 

Po gruntowaniu okazało się, że łowisko jest niesamowicie płytkie – 30 metrów od brzegu grunt wynosił zaledwie 50 cm. Aby nie płoszyć ryb po nęceniu za każdym razem przerzucałem zestaw o kilka metrów i delikatnie ściągałem go w pole nęcenia. Podobną taktykę przyjąłem w kwestii nęcenia – na start wrzuciłem 5 z 7 litrów przygotowanej zanęty i planowałem na długo wstrzymać się z donęcaniem.

 

Brania pojawiły się tuż po zanęceniu. Pierwszy w podbieraku zameldował się niewielki karaś srebrzysty, który połakomił się na białe robaki. Branie było pewne, a hol na delikatnym zestawie dostarczył mi sporo frajdy. Ryb w łowisku było sporo, o czym świadczyły nieustające obcierki o żyłkę. Na idealnie gładkiej tafli nienaturalne ruchy spławika były doskonale widoczne. W takich warunkach idealnie sprawdzał się zestaw przegruntowany o 5 cm.

W miarę upływu czasu ryby coraz bardziej rozkręcały się w łowisku, a do siatki oprócz karasi zaczęły trafiać także leszcze. W trzeciej godzinie sytuacja diametralnie się zmieniła, gdy na łowisku pojawił się silny boczny wiatr, a wraz z nim wyraźny ruch wody. Był on na tyle mocny, że błyskawicznie przesuwał lżejszy zestaw, którym dotychczas łowiłem. W takim układzie zdecydowałem się zmienić wędzisko i próbować swoich sił z większym obciążeniem.

Cięższy zestaw stabilnie stał na dnie w strefie nęcenia. Niestety, wraz z nasilającym się wiatrem w łowisku całkowicie ustały brania, a leszcze i karasie przeniosły się w inny sektor łowiska.

 

W pewnym momencie Piotrek – jeden z kolegów, który towarzyszył mi tego dnia podczas treningu - zauważył, że blisko brzegu kręcą się większe ryby i tam właśnie postanowił zanęcić swoje łowisko. Do wody co kilka minut wędrowało kilka ziaren kukurydzy. Po kilku chwilach taka taktyka przyniosła spodziewany efekt w postaci 2-kilogramowego lustrzenia.

Stwierdziłem, że i ja spróbuję solidniej donęcić swoje łowisko na 30-tym metrze. Tym razem obfita dawka mieszanki i białych robaków zwabiła leszcze i karasie, a prawdziwą ozdobą całego treningu był niespełna kilogramowy „pancernik”.

Ryby brały do momentu, w którym skończyła mi się zanęta. Choć obawiałem się, że donęcanie w tak płytkim łowisku może płoszyć ryby, tego dnia okazało się ono jedynym sposobem na to, by je zwabić.

 

Wędkowanie na Bielawie dało mi dużo przyjemności. Zdrowe, silne ryby i bardzo zadbane łowisko to świetna wizytówka okolicy, a dla zawodników to bardzo dobre miejsce do treningu metody odległościowej.

 

Tego dnia po raz kolejny przekonałem się o ogromnym znaczeniu nęcenia wstępnego. Zbyt duża ilość towaru wrzucona na początek szybko zwabiła ryby, ale równie szybko je przesyciła. Okazało się także, że nie zawsze na płytkich łowiskach ryby boją się hałasu w postaci zanęcania lub zarzucania zestawu w pole nęcenia. Co więcej, na komercji zbyt zachowawcza taktyka może przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Nad Bielawę z pewnością wrócę jeszcze nie raz – to naprawdę ciekawe łowisko z charakterem!

 

Tekst i zdjęcia: ŁK

Dodał: DF