Relacja z zawodów Red Tetra Gon 2017

Na przełomie kwietnia i maja wspólnie z Krzysztofem Kałużnym z Matchpro pojechałem do Włoch po przygodę życia. To miało być coś zupełnie nowego i zaskakującego. Coś co na nowo zarazi mnie miłością do tego sportu i znów obudzi we mnie wędkarskie dziecko. I takie właśnie było. Rzeka Arno zachwyciła mnie swoim pięknem i różnorodnością, ale przede wszystkim - dużymi, silnymi rybami... które wcale nie były takie łatwe jak z pozoru się wydawało.
 
Ze względu na natłok rodzinnych i zawodowych obowiązków, ani ja, ani Krzysiek nie mieliśmy czasu, by właściwie przygotować się do tych zawodów. Filmy z poprzednich edycji Red Tetra Gon dostępne w serwisie Youtube pozwalały wyłapać pojedyncze niuanse, ale jak się później okazało, nawet w 10 procentach nie oddały realiów łowienia w Arno. Przed wyjazdem wiedzieliśmy jedynie, że trzeba spakować kute haki, puste gumy, grube żyłki i spławiki w przedziale od 3 do 25 gramów. Na początek to miało wystarczyć.
 
Po 16 godzinach jazdy przez Niemcy, Austrię i upragnione Włochy wreszcie wylądowaliśmy w hotelu. Niestety, w okolicy Pizy i w całych północnych Włoszech od kilku godzin intensywnie lało. Jak poinformowano nas w recepcji - były to największe opady w okolicy od kilku miesięcy. Ściana wody zalewała niewielką Cascinę i ustała dopiero około północy. Spodziewaliśmy się, że silne opady wpłyną na poziom wody w rzece, jednak nie zdawaliśmy sobie sprawy jak bardzo.
 
Na porannym śniadaniu czekała już na nas międzynarodowa ekipa z Włoch, Francji, Hiszpanii i Anglii. W gronie znakomitych wędkarzy brakowało jeszcze Milo Colombo i Steva Gardnera, jednak wybitny duet miał do nas dotrzeć nieco później, po rozpoczęciu treningu.
 
Po dotarciu nad Arno wiedzieliśmy już, że czekają nas niezwykle trudne zawody. Poziom wody na przestrzeni kilku godzin podniósł się o metr, a jej kolor przypominał kawę z mlekiem. Niemal zerowa widoczność i silny uciąg w Polsce oznacza niezwykle mizerne wyniki. Nie wiedzieliśmy czy we Włoszech będzie podobnie. Lokalni zawodnicy do treningu podeszli jednak z dużą dawką optymizmu. Zamiast 13-metrowych tyczek rozkładali 5-elementowe topy i szukali ryb pod brzegiem.
 
Od razu spostrzegliśmy, że trzeba będzie łowić bardzo grubo. 0,24-0,26 na żyłce głównej i 0,20-0,22 na przyponie nie było przesadą. Podobnie jak pusta guma 2,6 i kuty haczyk numer 8-10, a nim 5-6 białych robaków.
Włosi na treningu sięgali po 20-25 gramowe dyski i starali się bardzo wolno pływać w smudze zanęty
 
Co ciekawe nikt nie przeprowadzał nęcenia wstępnego. W Arno taka taktyka się nie sprawdza i wszyscy regularnie donęcają z ręki w trakcie trwania zawodów. W czasie 5h tury zawodnik potrafi zużyć nawet 40 litrów zanęty i 3-4 litry klejonych białych robaków!
 
Okazało się, że mętna woda nie odstraszyła ryb i na haczykach co kilka chwil meldowały się niewielkie sumiki, niezwykle silne cefale, a nawet karpie i węgorze. Po dwóch godzinach obserwacji sami postanowiliśmy przeprowadzić krótki trening. Szybko rozłożyliśmy kosze i 2-3 topy, rozrabiając w międzyczasie grubą, karpiową zanętę, którą według zaleceń Milo należało zabarwić na kolor czerwony. Mimo prób ustalenia dlaczego ryby preferują tutaj właśnie ten, a nie inny kolor... dowiedzieliśmy się, że po prostu tak już jest. Czerwony działa najlepiej i tyle.
Efektem godzinnego treningu było kilka sumików i cefali. Pomimo brudnej i głębokiej (nawet na 4 metry) wody można było regularnie odławiać ryby
 
Przed przyjazdem Krzysiek zapowiadał, że chciałby złowić w Arno choć jednego cefala. Udało się to już po kilku minutach
 
Pełni optymizmu wróciliśmy do hotelu, gdzie od razu zabraliśmy się za przezbrajanie zestawów i szykowanie zanęty. Na pierwszą turę Milo zalecił nam przygotowanie 20 kilogramów suchej zanęty (Milo Special Carpa), którą zabarwialiśmy na kolor czerwony. Po nawilżeniu i przesianiu uzyskaliśmy po ok. 30 litrów mokrej mieszanki na głowę. Dodatkowo z samego rana mieliśmy przygotować po 3 litry klejonych białych robaków ze żwirem, które sukcesywnie, w postaci niewielkich kulek mieliśmy wrzucać w łowisko. Kulki miały być nie większe niż piłka pingpongowa, a wszystko po to, by większe sumy mogły połykać je w całości.
Milo Special Carpa - z tej mieszanki korzystali niemal wszyscy zawodnicy
 
Sobotni poranek powitał nas pięknym słońcem, ale i silnym wiatrem. Woda wciąż była bardzo wysoka i brudna, jednak systematycznie opadała, co pozwalało wierzyć, że drugiego i trzeciego dnia zawodów poziom wróci do normalnego stanu.
 
Losowanie, które odbyło się jeszcze w hotelu rzuciło nas do sektora C w dole rzeki - najgłębszego i według zapowiedzi - najbardziej rybnego. Na każdą dwuosobową drużynę czekały 20 metrowe boxy, w których zawodnicy mogli rozstawiać się według własnych preferencji. Jedni siadali tuż obok siebie, inni klasycznie - co 8-10 metrów. My przyjęliśmy drugi wariant i rozpoczęliśmy przygotowania do zawodów. Przygotowania, podczas których popełniliśmy bardzo kosztowny błąd.
 
Podczas klejenia robaków ze żwirem pokręciliśmy kolejność i proporcje, przez co robaki zamiast do żwiru, kleiły się do rąk. Później, w trakcie zawodów, przełożyło się to na bardzo niedokładne i nieefektywne nęcenie, które w kwestii odławiania sumów było kluczowe.
Włosi nie spieszyli się z przygotowaniami, dlatego mieliśmy mnóstwo czasu na rozłożenie stanowisk
 
Początek zawodów bardzo szybko sprowadził nas na ziemię. Ze względu na bardzo niewygodny brzeg i trudne ukształtowanie dna łowiliśmy dość daleko - na 11 metrze. Siedzieliśmy wysoko, na burcie i byliśmy cofnięci nawet o metr w porównaniu do sąsiadów. W czasie gdy inni regularnie nęcili klejonymi robakami i odławiali sumy i pojedyncze karpie, my musieliśmy bazować na zanęcie przeznaczonej głównie na cefale... których na początku w ogóle nie było w łowisku.
 
Z każdą minutą peleton odjeżdżał. Rywale łowili więcej ryb i częściej dobierali się do bonusów w postaci sztuk o wadze od 500 do 2000 pkt
 
Steve Gardner na każdym kroku potwierdzał swoją wielką klasę...
 
...podobnie jak jego partner z drużyny i gospodarz zawodów - Milo Colombo
 
Dobre tempo łowienia złapaliśmy dopiero w ostatniej godzinie zawodów, gdy w naszym łowisku pojawiły się upragnione cefale. Po odłowieniu kilku sztuk liczyliśmy jeszcze, że wrócimy do gry, jednak waga pokazała, że złego początku nie udało się odrobić. Niespełna 20 kilogramów oznaczało ostatnie miejsce w sektorze i trudną pozycję wyjściową przed kolejnymi turami.
Niespełna 20 kilogramów sumów i cefali nie wystarczyło na dobre miejsce w sektorze
 
Po zawodach przyszedł czas na burzę mózgów i analizę popełnionych błędów. Wiedzieliśmy już, że sklejenie robaków przed niedzielną turą będzie kluczowe, dlatego od razu zwróciliśmy się z prośbą o pomoc do Milo Colombo i Steve'a Gardnera.
Tutejsze ryby uwielbiają białe robaki, dlatego stanowiły one bazę nęcenia i były niezastąpioną przynętą
 
Tym razem los pchnął nas do najmniej rybnego sektora A (każda drużyna codziennie musiała łowić w innym sektorze). Po naszej prawej i lewej stronie mieliśmy drużyny francuskie, z czego jedna składała się z etatowych kadrowiczów tego kraju.
Francuzi przygotowali dużą ilość klejonych robaków, które okazały się kluczowe w wabieniu sumów
 
Wierzyliśmy jednak we własne umiejętności, tym bardziej, że tego dnia zarówno robaki, jak i zanęta były już przygotowane jak należy. Z dnia na dzień, zgodnie z oczekiwaniami poziom wody spadł aż o 70 cm, co błyskawicznie przełożyło się na stosowane zestawy. Zamiast 20 gramowych dysków, na topach dominowały 6-8 gramowe lizaki i 2-3 gramowe bombki.
Tej wielkości bombka idealnie sprawdzała się w czasie połowu cefali
 
Lekkie łowienie tego dnia niestety bardzo mnie zgubiło. Sam bardzo lubię stosować na rzekach lekkie zestawy, jednak Milo wielokrotnie wyczulał nas, by w pierwszej godzinie łowić ciężko, nawet na stopa. W ten sposób można było dobrać się do większych sumów, które wchodzą w łowisko od razu po rozpoczęciu nęcenia.
 
Taką taktykę zastosował Krzysiek, który po wrzuceniu pierwszych kulek odłowił kilka przyzwoitych ryb i solidnie zapunktował. Ja w tym czasie niepotrzebnie szukałem cefali, a zamiast nich łowiłem niewielkie sumiki (50-100 gram) i nie budowałem wagi w takim tempie jak powinienem. Mimo tego, po pierwszej godzinie, zwłaszcza dzięki świetnej postawie Krzyśka, prowadziliśmy w całym sektorze.
Niektóre ryby były po prostu nie do wyjęcia
 
Drugiego dnia łowiliśmy na 13-metrowe wędki, bardzo dokładnie nęcąc i zacinając zdecydowaną większość brań. W tych trudnych warunkach szło nam naprawdę koncertowo. Niestety w drugiej godzinie ryby przestali łowić niemal wszyscy w sektorze A. Od tego momentu liczyła się każda, pojedyncza rybka, każde zacięte branie. Niektórzy sięgnęli nawet po bolonki, jednak w tej technice poradził sobie tylko jeden włoski zawodnik, który w pięknym stylu odławiał leszcze, sumy i karasie z dużego dystansu. Jak się później okazało jego taktyka dała całej drużynie drugie miejsce w sektorze. My mocno spuściliśmy z tonu do samego końca odławiając już wyłącznie niewielkie ryby w przedziale od 50 do 200 gramów.
Finalnie, z wynikiem 8610 punktów dało nam to bardzo dobre, trzecie miejsce w sektorze. Cały sektor wygrali nasi francuscy sąsiedzi, którzy wynik zbudowali na bonusowych sumach i pięknych sazanach. Ich kluczem do sukcesu było konsekwentne łowienie bombkami na 13-stym metrze i donęcanie bardzo lekko sklejoną zanętą zamiennie z klejonymi robakami ze żwirem.
Typowo francuska szkoła była tego dnia górą
 
W pozostałych sektorach z rybami było jednak znacznie lepiej. Pojawiały się nawet wyniki powyżej 30-kilogramów, a w siatkach zamiast sumów coraz częściej lądowały cefale. Trzeciego dnia to właśnie one miały decydować o zwycięstwie.
 
I tak właśnie się stało. Do trzeciej tury przystąpiliśmy ogromnie zmotywowani. Drugi dzień pokazał, że potrafimy nawiązać walkę z najlepszymi i szybko pozbyliśmy się tremy po sobotniej wpadce. Środkowy sektor wydawał się najrówniejszy i najbardziej przewidywalny. Średnie wyniki oscylowały tutaj wokół 15-20 kilogramów, z tą poprawką, że z dnia na dzień systematycznie zmieniał się rybostan.
 
Na poniedziałkową turę przygotowaliśmy nieco więcej zanęty. Oprócz karpiowej pastury, umieszaliśmy kilka litrów serowej zanęty na brzany o bardzo intensywnym zapachu. Jak się okazało te kilka kilogramów uratowało nam (a zwałaszcza mi) wynik.
40 litrów zanęty na głowę wcale nie było przesadą
 
Tego co działo się podczas pięciu godzin po rozpoczęciu zawodów z pewnością długo nie zapomnę. Moje stanowisko wydawało się z pozoru zwyczajne. Równe płaskie dno, niczym nie wyróżniający się brzeg. Dwa dni wcześniej z tego miejsca także nie padały jakieś sensacyjne wyniki. Po rozpoczęciu zawodów, lepiej łowił z resztą Krzysiek, który bardzo szybko zapunktował pięknym ponad 2-kilogramowym sumem.
Krzysiek miał patent na bonusy z Arno
 
Ta ryba dodała nam energii i wiary w sukces. Sukces, który był na wyciągnięcie ręki. W drugiej godzinie w moim stanowisku rozpoczął się prawdziwy koncert cefali. W sumie, do końca tury miałem na kiju 27 ryb (!!!), z których wyjąć udało mi się zaledwie 9. Ich masa oscylowała wokół 800-1000 gram. Ryby były niezwykle silne, a pierwsze odjazdy do złudzenia przypominały te znane z komercyjnego łowienia karpi. Coś fenomenalnego.
 
Niestety zły dobór gum (Włosi twierdzili, że stosowałem zbyt cienkie wentyle) i prawdopodobnie najzwyklejszy brak doświadczenia sprawiły, że większość z zaciętych ryb traciłem. W tym samym czasie Krzysiek miał na kiju 6 ryb, z których 5 trafiło do siatki. 
Dobór odpowiednich gum był absolutnie kluczowy
 
Co ciekawe cefale zaczęliśmy łowić zupełnie inaczej niż podpowiadała logika i doświadczenie z łowienia ryb w polskich rzekach. Używaliśmy 2-gramowych bombek, które prowadziliśmy na luźnej żyłce. Żadnego przytrzymania, ani szarpania zestawem. Totalnie luźny spływ od początku do końca.
 
Najwięcej ryb zacinałem w miejscu, w które wrzucałem kule, a nie na rozmyciu, gdzie przy systematycznych donęcaniu powinienem się ich spodziewać. Wiele cefali atakowało przynętę od razu po ustawieniu się zestawu. Spławik wjeżdżał pod wodę, zacięcie, odjazd... i w większości wypadków wyskok nad wodę i spinka.
 
Wiem na pewno, że tego dnia bardzo dobrze i dokładnie donęcałem. Wszystkie kulki wpadały w jeden punkt, powtarzalnie przez pięć godzin. Trzymałem tempo. Ze względu na dużą ilość ryb w łowisku nęciłem także częściej i grubiej niż Krzysiek, bo już po 4h skończyła mi się zanęta! W ostatniej godzinie musiałem chodzić na stanowisko kolegi, by pożyczać towar do nęcenia... taka przygoda nie zdarzyła mi się jeszcze nigdy w życiu. Co ciekawe, niektórzy Włosi rozrabiali zanętę w trakcie zawodów. Słychać było, jak w piątej godzinie w ruch poszły wiertarki i do wody wpadały kolejne kulki.
 
Po sygnale kończącym zawody byłem na siebie wściekły, bo przy odrobinie lepszej skuteczności w cuglach mogliśmy wygrać sektor B.
Kolejna sektorowa trójka była dla nas dużym sukcesem. Gdyby nie słabszy pierwszy dzień...
 
Niestety, 16,5 kilograma dało "tylko" trzecie miejsce na dziewięć ekip. Nieźle, ale pozostał ogromny niedosyt, tym bardziej, że najlepsza ekipa złowiła tego dnia 22 kilogramy ryb. Zabrakło naprawdę niewiele.
Hiszpanie i wynik na wagę zwycięstwa w sektorze
 
Finalnie, dobra druga i trzecia tura przesunęły nas z szarego końca stawki na przyzwoite 13 miejsce na 27 startujących ekip.
Czekała nas jeszcze piękna ceremonia zakończenia nagród, w czasie której najlepsze drużyny w klasyfikacji końcowej oraz zwycięzcy i zdobywcy drugich miejsc sektorowych z poszczególnych dni otrzymali okazałe nagrody. Najlepszy w zawodach okazał się duet gospodarzy, który odebrał czeki na łączną kwotę 6 tys. euro! Naprawdę było o co walczyć!
Nagrody były naprawdę godne wielkiej imprezy
 
Po wszystkim przyszedł już tylko czas na pożegnanie, gratulacje dla zwycięzców i długą drogę do domu. Po ponad 20 godzinach wróciłem do Warszawy pełen niezapomnianych wrażeń i wspaniałych emocji. Z tego miejsca pragnę szczególnie podziękować Krzysztofowi Kałużnemu, który zaprosił mnie na tegoroczne zawody Red Tetra Gon. To była przygoda życia, którą będę wspominał z uśmiechem przez długie lata. Krzysiek przez wszystkie dni udowadniał, że jego umiejętności w niczym nie odstają od najlepszych francuskich, włoskich czy hiszpańskich wędkarzy. Gdybym tylko na starcie potrafił dorównać mu poziomem, z pewnością skończylibyśmy zawody w pierwszej "dziesiątce".
 
Ale wierzę, że może być tylko lepiej.
 
Red Tetra Gon otworzyło mi oczy na wędkarstwo jakie znałem dotychczas tylko z gazet i internetu. Było fantastyczną odskocznią od codzienności i świetnym, niezwykle cennym doświadczeniem. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się zrewanżować i stanąć tutaj na podium. Może za rok!
 
Dodał: DF
Zdjęcia: Fishingmania Italy oraz archiwum własne